Podkast #2: Olga Lipczyńska o aktywności fizycznej w ciąży i połogu

cze 5, 2020 | Podkast

Podkast #2: Olga Lipczyńska o aktywności fizycznej w ciąży i połogu

Witam Was w podkaście Cztery Trymestry. Dzisiaj naszym gościem jest Olga Lipczyńska – personalny instruktor fitness.

Dobrze cię przedstawiłam, Olga? 

Tak! Jestem trenerem personalnym i instruktorem fitness. Też szkoleniowcem. Generalnie pracuję z ludźmi i ich ciałem.

Dokładnie! Jesteś też instruktorką dla naszego portalu. Olgę poznałam w czasie, kiedy była w ciąży. Od razu pomyślałam sobie –  wtedy klarował się projekt Portalu Ciąży – że koniecznie musisz być w naszym projekcie jako nasz instruktor. Pamiętam też, że przeprowadziłaś ze mną też jedno spotkanie. Byłaś wtedy w ciąży i tego samego dnia urodziłaś! 

Chciałabym troszeczkę wrócić do początku. Twój synek ile ma teraz? 

14 miesięcy. 

Szybko minął ten czas, prawda? Powiem ci, że kiedy rozmawiałyśmy, a teraz, to wydaje się, że to było wczoraj, a tu już 14 miesięcy.

Chciałam zapytać cię, bo jako instruktor fitness na pewno miałaś dobre przygotowanie do tego. Czy w ogóle fizycznie przygotowywałaś się, ćwiczyłaś wcześniej z taką świadomością, że chcesz też zajść w ciążę, czy nie przejmowałaś się tym w ogóle i ćwiczyłaś po prostu, a podczas ciąży kontynuowałaś? Jak to u Ciebie było?

Nie trenowałam pod kątem zajścia w ciążę, bo jej nie planowałam. Nie miałam treningów ustawionych pod rozluźnienie ciała i przygotowania go w jej kierunku. Jednak myślę, że mój tryb życia, jaki prowadzę – trenerem, instruktorem jestem od ponad 10 lat, chyba 12 – już nie liczę. Ogólnie już tyle czasu, że to ciało jest bardzo sprawne i zawsze bardzo dbałam o dietę. Staram się jeść zdrowo, zbilansowane posiłki, mój organizm sam się domaga by po 2-3 godzinach zjeść kolejny posiłek.

Oczywiście jeszcze parę lat temu trochę jadłam gorzej. Może nie śmieciowo, ale teraz na pewno jem bardziej świadomie. Jest to takim nawykiem, że nawet do końca o tym nie myślę. Myślę, że to wszystko, w jaki sposób żyję sprawiło, że moje ciało nagle było gotowe i zaszłam w ciążę. Też oczywiście bardzo się cieszyłam zaszłam w ciążę mając 35 lat. Taki wiek, kiedy jest trudniej. 

Od samego początku się śmiałam, że po prostu tryb życia, jaki prowadzę przygotował moje ciało, bo akurat po drodze w swoim życiu miałam problemy hormonalne i kobiece, które teoretycznie wskazywały na to, że będę mieć problemy z zajściem w ciążę. Tak w skrócie.

Broń boże nie było mówione, że nie będę mogła mieć dzieci, ale że gdzie tam będzie trzeba się wspomóc. Okazało się, że nie. Zdrowy tryb życia, zdrowe jedzenie i aktywność spowodowały, że moje ciało było jak najbardziej na to gotowe.

Dokładnie. Też mi się wydaje, że nie miałam stresu z tym związanego? Gdybyś nastawiła się, że teraz koniecznie chcesz zajść w ciążę –  wydaje mi się, że często to tak działa, taka blokada jest.

Psychika zamyka. Powiem inaczej: miałam już nawet nastawienie, że nie będę miała dzieci. Całe życie bardzo chciałam, ale życie się układało, życie zawodowe mocno zaczęło się rozwijać w kierunku podróży, że łączyłam podróżowanie i aktywność fizyczną – organizowałam różne wyjazdy sportowe, również za granicę i miałam tych planów mnóstwo, więc po prostu stwierdziłam, że moje życie się tak poukładało, że jednak nie mam mieć tych dzieci. Że widocznie mój brat wyczerpał limit – on ma czwórkę, więc stwierdziłam, że sama dzieci nie będę miała. Mam jego dzieci kochać jak swoje i już się nastawiłam, że będę podróżować, skupiać się na karierze, bo tez moja zawodowo-sportowa kariera się dość mocno rozwijała. Miałam pełno pomysłów, projektów, w ogóle wszystkiego. W ogóle to wyłączyłam. Jednak też, około dwóch lat, półtora roku praktykowałam jogę. Zaczęłam praktykować jogę, więc myślę, że to też mogło mieć wpływ, bo ja akurat dużo pracowałam siłowo. Wzmacniając trening prowadziłam zajęcia grupowe ze sztangami, dużo zajęć wzmacniających, trening funkcjonalny, więc jednak to wszystko to był trening siłowy. Ta joga – Ashtanga głównie – więc też dynamicznie, ale jest to mimo wszystko większe otwarcie bioder i większe rozluźnienie ciała, więc mówię: to wszystko było wrzucane do tego worka, którym jest mój organizm i okazało się, że jestem w idealnej formie, żeby zajść w ciążę. 

Super! Często obserwuję, jak ty to opowiadasz. Stres, napięcie, że musi być tu i teraz. 

Powiedz mi jak to było – czy podczas pierwszych miesięcy kontynuowałaś trening? 

Kontynuowałam cały czas Nie zrobiłam żadnej przerwy. Mój lekarz wiedział, czym się zajmuję, jak wygląda moje życie. Śmiał się, że muszą mnie stopować w trzecim trymestrze. Jednak na początku powiedział, że mam jak najbardziej funkcjonować tak jak do tej pory. Bardzo mi się to podobało. On ma bardzo zdrowe podejście i tez oczywiscie, jeżeli to jest mój tryb życia, pracy – ja tak funkcjonuję – to to nie będzie żadna zmiana dla mojego organizmu, że ja nagle zaczęłam ćwiczyć, tylko ja to robiłam cały czas. Zawsze przyrównuję to do… Jak normalni ludzie chodzą i robią to cały czas, to dla mnie jest to taka normalność, że nie jest to żaden szok dla organizmu, większym wysiłkiem. Na takiej samej zasadzie moja praca. Moje treningi, zajęcia, które prowadziłam były dla mnie taką normalnością i codziennością. To też nie był duży, intensywny wysiłek dla mojego organizmu, chociaż oczywiście odczuwam spadek wydolności. Bo jednak w pierwszym trymestrze jest bardzo duży wysiłek dla organizmu. To wszystko się buduje, tworzy, ciało się musi przyzwyczaić. Jest zdecydowanie zwiększona praca serc i innych organów, bo nagl eorganizm musi pompowac i pracować dla dodatkowego organizmu, który się pojawił.

Sama o ciąży dowiedziałam się bardzo szybko – miałam akurat wszystko bardzo regularnie i coś mi zaczęło nie pasujące, ponieważ zawsze miałam jak w zegarku! Około 4, 5 tygodnia wiedziałam, że jestem w ciąży.

Co jest zabawne – byłam w ciąży a nie wiedziałam, że jestem – to wróciłam do biegania po jakiejś przerwie i biegało mi się rewelacyjnie! Byłam wręcz zachwycona, że moja biegowa forma nie zmieniła się, mogę biegać i nie czuję ultra zmęczenia. I okazało się, że jestem w ciąży. Biegałam dalej z 3-4 tygodnie i nagle mój organizm powiedział: już teraz nie chcę biegać! I tyle. Okej, to po prostu znaczy, że nie mam biegać, ale jak najbardziej mogłam ćwiczyć. 

Dodałam więcej jogi, którą robiłam dodatkowo w domu i tez takie krótkie sesje – Powitanie Słońca, jakieś kilka pozycji. Generalnie kierowałam się tym, co potrzebuję. Co mi podpowiada mój organizm.

Jeżeli potrzebowałam jakiegoś treningu wzmacniającego, to go robiłam. Zawsze bazują na treningu funkcjonalnym, który bazuje na naturalnych ruchach i formach, które są w naszym codziennym życiu. Tak więc wiadomo, że jakieś odchylenie, wygięcie, połączenie pracy ręki z nogami. Można dodać obciążenie z gumami oporowymi, z którymi pracowałam przez całą ciążę, bo bardzo wzmacniają pośladki, cały core, czyli też te mięśnie, które są bardzo istotne w stabilizacji naszej sylwetki, które też są istotne w ciąży, gdzie ten środek ciężkości, wszystkie następują zmiany w ciele. Jest większe obciążenie dla organizmu, zmienia się nam sylwetka, następuje większe przodopochylenie. Wygięcie lędźwi i tak dalej i tak dalej. Generalnie te wzmocnione mięśnie powodują mocny gorset dla naszego organizmu, czyli też lepsze samopoczucie. Te zwiększające się obwody, kilogramy, to wszystko – bo to musi przyjść, nie ma innej opcji – no to przechodzi łagodniej. Nie ma bólów pleców, na które często kobiety w ciąży narzekają czy w klatce piersiowej, obręczy biodrowej.

Ogólnie więc myślę, że to wszystko było… Sama starałam się tak kierować – to, co potrzebuję to robię. Na szczęście byłam cały czas w super formie. Takiej fizycznej, więc nie miałam przykrych dolegliwości, nie miałam mdłości, nudności ani nic takiego. Śmieję się, że w ciąży mogłabym być cały czas, bo naprawdę czułam się rewelacyjnie. W zasadzie wszystko mogłam robić.

Oczywiście odłączyłam mocne cardio, skakankę, bieganie, bo nie czułam, że chcę to robić. Po prostu czułam, że mój organizm tego nie chce. Oczywiście wszelkie skoki, dynamika i duże obciążenie też odłączyłam. Do samego końca prawie – chyba dwa tygodnie przed porodem zakończyłam: prowadziłam zajęcia ze sztangami! Miałam bardzo małe obciążenie. Akurat jestem takim przykładem, że wszystko było super, dobre. Że każdy by tak chciał i każdemu tego życzę, ale dla mnie najważniejsze jest i to zawsze czy jak piszę czy rozmawiać o aktywności w ciąży, czy mam dziewczyny, z którymi pracuję, które są w ciąży: słuchać swojego organizmu. 

Organizm wie. Tak jak mój lekarz ma super zdrowe podejście. Takie, że natura wie co ma zrobić i ja też starałam się mieć takie. Wiem, że gdyby działo się coś złego to bym zrobiła wszystko, żeby było dobrze, ale starałam się mieć takie podejście, że natura wie, co zrobić i natura zdecyduje. Też nie można dać się zwariować. Jeśli coś robiliśmy to dalej to róbmy. Tylko z rozsądkiem i słuchając siebie. Jeżeli coś nas ciągnie, coś nas boli no to przerywamy wtedy wysiłek.

Właśnie – pomyślałam, że gdybyś zupełnie wszystko przerwała od samego początku to tez by był szok dla twojego organizmu! No bo co? Cały czas przyzwyczajony do jakiegoś rytmu, aktywności, więc to też nie byłoby dobre. 

Wiesz co, nie jest to dobre i też mam parę znajomych, które ćwiczyły w ciąży i prowadziły zajęcia. Nagle przestały. Ten poród się pojawił szybciej!

Nie chciałam też przerywać nagle. Nawet gdy już nie prowadziłam zajęć, bo 2 tygodnie udało mi się zrobić wolne od zajęć, ale treningi personalne prowadziłam do samego końca –  to i tak sama ćwiczyłam. Wtedy się rozciągałam. Do samego końca ćwiczyłam z gumami oporowymi. Jednak głównie rozciąganie, joga, takie rzeczy, których czułam, że potrzebuję. Potrzebowałam tego, żeby się rozluźnić, rozciągnąć, zrelaksować. 

A treningi personalne – ja pokazuję tylko, tym bardziej, gdy ćwiczę z osobami, z którymi ćwiczę od dłuższego czasu – prowadziłam do końca. Zresztą, miałam rozpisane treningi do samego porodu, czyli jeszcze dwa i pół tygodnia, więc jak zaczęła mi się cała akcja porodowa to stałam z telefonem i odwoływałam treningi. A moi rodzice mówili, że musimy jechać do szpitala, bo z nimi jechałam na poród, a ja jeszcze stałam i odwoływałam treningi na następny dzień. Pytali: o czym ty teraz myślisz?! O moich podopiecznych!

Wszystko musiało być zorganizowane i zakończone, ale do samego końca byłam aktywna zawodowo, aktywna sportowo, więc każdemu tego życzę. 

No właśnie. Podczas porodu czy czułaś wsparcie twojego ciała w związku z tym, że się przygotowywałaś? Pewnie nie masz porównania, bo nie rodziłaś wcześniej bez, czyli to jest pewnie trochę trudne pytanie. Czy czułaś taką siłę w sobie?

Co muszę powiedzieć to to, że niestety ostatecznie zakończył się cesarskim cięciem. Jednak czułam na pewno, że moje ciało jest silne, że mam pełną jego świadomość i wiem co jak się dzieje, co czuję. Miałam też moment, że w tych wszystkich nerwach już po iluś godzinach, zmienił się też personel. Zaczęłam rodzić w nocy, więc o 7:00 była zmiana personelu. Nową obsadą była taka bardzo doświadczona położna, ale ja tam wiedziałam swoje i jak ona mi coś mówiła, to odpowiadałam, że nie będę tego robić, mój organizm nie może, ja nie mogę, że mi się blokuje, że mi się coś gniecie… A ona odpowiadała: proszę siedzieć, masz to robić, to ci pomoże! 

Generalnie na początku miałam takie myśli, przecież ja dobrze wiem, o co chodzi i co mam zrobić. Później jednak spokorniałam, bo zobaczyłam, że ona rzeczywiście doskonale wie, co trzeba w danym momencie zrobić, ale niestety po kilkunastu godzinach musiałam się poddać, mimo że bardzo, bardzo chciałam urodzić naturalnie. To, czego nie mogłam przeskoczyć: rozwarcie mi nie postępowało a to akurat związane jest z tym, że niestety, ale przez te lata, kiedy to ciało tak bardzo wzmacniałam, w tym okresie, kiedy powinnam jednak za mało jeszcze pracowałam nad jego rozluźnieniem. Za późno zabrałam się za rozluźnianie, żeby te mięśnie były bardziej rozluźnione. 

To jest niestety przypadłość sportowców, osób, które bardzo intensywnie trenują, że te mięśnie są zbyt napięte. W tym przypadku to jest minus i niestety może dojść do takiej sytuacji, że często u osób związanych ze sportem jednak to jest bariera i nie da się tego przeskoczyć. Bo już niestety, maluszek na tym cierpi. Sama nie miałam siły i stwierdziłam, że trudno – po prostu nie ma co.

Czułam doskonale, co się dzieje z moim ciałem. Miałam nad nim do samego końca kontrolę. Do końca chciałam rodzić bez znieczulenia i doskonale wiedziałam co i jak. Potrafiłam i te przysiady, i prace z piłką, wszelkie inne pozycje, które próbowałyśmy zrobić, to wiedziałam jak sobie z tym poradzić.

No i jest to ogromny wysiłek, więc jednak ta wydolność, siła, którą miałam, to na pewno pomagało. 

Tak! I też tak jak mówisz — bardzo ważne jest to rozluźnienie, szczególnie mięśni dna miednicy. Tak jak mówisz – one trzymają mocno.

Druga też sprawa to jest też nasze samopoczucie podczas porodu, czyli ten hormon, który się wydziela, oksytocyna. Bardzo często widzę, że my kobiety – ja tak samo widzę, że przy moim porodzie, nie byłam tego świadoma – nie mamy tej świadomości, w jakim stanie nasze ciało będzie, żeby nie być przeciwko położnej.

Oczywiście, w jakiej zależności są sytuacje – ale być w jak największej harmonii no to wtedy też jest dużo łatwiej. To jest bardzo łatwo powiedzieć sobie, a znacznie trudniej wykonać podczas porodu. 

Czy pamiętasz – z takich rzeczy, które pani położna ci sugerowała? Sugerowała pozycje, próbowała na wszystkie sposoby, żeby jak najbardziej naturalnie ci pomóc. Jak to było, pamiętasz?

Tak. Najpierw w ogóle byłam zdziwiona, bo na początku kazała mi leżeć w pozycji bocznej. Specjalnie mnie ustawiła, chyba nawet nogę ustawiała odpowiednio i leżałam. Mówiłam, że powinnam aktywnie rodzić, chodzić, przysiady, a ona mówi nie: na razie muszę cię ustawić w pozycję. Tym bardziej że pierwsza położna, która mnie przyjęła na salę porodową to była moja znajoma, która przychodziła do klubu na treningi, więc ona też doskonale wiedziała, czym ja się zajmuję i w jakim stopniu i w jaki sposób.

Ona mi kazała leżeć w różnych pozycjach, bokiem, później normalnie i dopiero później jakieś przysiady i trochę z piłką. Na piłce to też oczywiście takie rozluźnianie, delikatne kołysanie się i też w odpowiedni sposób ustawienie. Dlatego ja potem miałam to spięcie z tą drugą położną, bo jakoś tak kazała mi ustawić nogi, że już wadził mi brzuch. To wszystko zaczynało mnie kłuć i blokować. I też piłka i formy na zasadzie skłonu trzymając się o ramę łóżka, czy z tej pozycji w momencie, kiedy był skurcz trzeba zrobić przysiad, żeby to wszystko rozluźnić. Też klęki podparte, przejść do pozycji dziecka. Ze sklęku, w momencie, kiedy był skurcz, żeby przejść do pozycji dziecka, żeby wyciągnąć się. Oczywiście też prysznic i tam inne, różne formy. 

Mimo tego, że już prawie stałam na głowie to i tak się nie udało, więc… Co mnie też uderzyło, bo słyszałam, jak przekazywała jedna położna informacje lekarzowi, który nowy przyszedł na zmianę i mówi, że tutaj pierworódka, trener. A on: aha, okej. 

Tylko hasło, że pierworódka, tutaj, lat tyle, trener personalny, instruktor. To znaczy, że tu już jest sport i będzie ciężko! Niestety tak jest.

Jest taka opinia, bo wszyscy mówią: o Boże, ty to pójdziesz, pół godziny, urodzisz, w ogóle nie będzie problemu! Jednak właśnie – niestety, nie do końca, więc dlatego tak bardzo trzeba pracować nad tym rozluźnieniem, oddechem, nad rozciągnięciem bioder, otwarciem bioder, więc jest to bardzo, bardzo istotne. 

Czyli joga. 

Joga. Dokładnie!

A powiedz – bo tak ciekawie opowiadasz, jak tam twoje wrażenie. Ja jestem w ogóle doulą – co prawda nie w Polsce, tylko w Kopenhadze. Jestem ciekawa, jak ta sytuacja wygląda – nagle okazuje się, że jest cesarskie cięcie. Jakie było twoje nastawienie? Jak to czułaś? Było wszystko jedno? Czy poczułaś rozczarowanie, bo nie tego oczekiwałaś? Jak się z tym czułaś? 

Oczywiście, że masz takie uczucie, że zawiodłaś siebie i po części też dziecko. Bo ja w głowie miałam, że to jest najlepsze, co może być dla dziecka. Żeby od razu wzmocnić odporność. Ustawieniem ciała, że przejście przez drogi rodne, że to ma wpływ na ustawienie obręczy barkowej. Bardzo mi na tym zależało. Bałam się też, że jeśli będę miała cesarskie cięcie, że będę miała potem problem z karmieniem. To też bardzo chciałam, oczywiście, jeżeli nie byłoby jakiejś innej rzeczy z tym związanej i przeciwwskazań.

To było tak, że ja na porodówkę trafiłam około 2 godziny po odejściu wód, byłam w kontakcie SMS-owym z położną. Bo jej pytałam, czy jest na dyżurze, czy mam przyjechać czy czekać, bo na szkole rodzenia mówili, że 6 godzin i dopiero do szpitala jechać. A ja miałam skurcze co 3 minuty, więc mówię – mogę nie doczekać tych 6 godzin, jeżeli wszystko by poszło sprawnie. Ogólnie około 2 godzin od momentu, kiedy odeszły mi wody, ale miałam centymetr rozwarcia. Czyli generalnie żadne. Niektóre moje przyjaciółki miały 1.5, 2 cm parę tygodni przed porodem. Lekarz w ogóle był bardzo zabawny na tej nocnej zmianie na izbie przyjęć i tez to zabawnie przedstawił. Powiedział: złącz ręce tak w pięść, myślę, że co on mi zrobi, ściśnie te ręce dla zabawy czy coś, a on tylko powiedział: ma pani rozwarcie centymetr a musi pani mieć takie. No i co teraz? No nic, jedzie pani na górę i zobaczymy. 

Jak przyszłam już na łóżko, przebrałam się i tak dalej i położna powiedziała: zrobimy wszystko, ale to się skończy cesarskim cięciem. Mówiłam, że nie, w ogóle nie ma opcji!

Później przyszedł nowy lekarz no i – byłam już wyczerpana po iluś godzinach – powiedział, że podamy oksytocynę to może się uda. Jak usłyszałam, że może się uda, to oczywiście chciałam tę oksytocynę, tylko że niestety, ona po pierwsze – długi proces, zanim zaczyna działać, bo długo, powoli spływa. No i co ona przede wszystkim ma zrobić? Przyspieszyć skurcze! A ja skurcze miałam. I one mi się zaczęły robić tak częste i intensywne, że ja w zasadzie byłam wycieńczona. Jeden się kończył i zaczynał kolejny. Wiedziałam, że już nie mam siły – chciałam iść na tę cesarkę. Też już przez to, że była opcja, że będę musiała mieć cesarskie cięcie, nie mogłam nic zjeść. Już był ten czas.

Całą dawkę leku przeciwbólowego, którą mogłabym przyjąć, już dostałam. Nie mogli mnie w żaden sposób wspomóc. Błagałam, żeby dali mi już znieczulenie na cesarkę a w ogóle był problem, że nie było sali…

Jeszcze w tym wszystkim, że już było: dobrze, jedziemy na cesarkę, czekałam na salę. Godzinę albo półtorej. W tym ostatnim momencie, kiedy już lekarz przyszedł, że sala jest gotowa, mają mnie przygotowywać, to byłam w takim stanie, że jak on wszedł, to po prostu się zatrzymał. Powiedzieli mi tylko, że jest okej no i mnie zaczęli przygotowywać. Oczywiście wszystkie podłączenia, wenflony i tak dalej, cewnik – nie będę też mówić szczegółów, bo były jeszcze stażystki, więc były jeszcze dodatkowe przygody. Coś tam robiły pierwszy raz i w końcu musiałam sama przejść na salę. Oczywiście musieli mnie znieczulić, co też nie było łatwe, bo miałam skurcze już tak często, że pomiędzy skurczami nie byłam w stanie wejść w to wygięcie kręgosłupa odpowiednie, żeby mi się wbili ze znieczuleniem. To więc też trochę trwało. I później to już jest… Tego w ogóle do niczego nie da się przyrównać. To jest tak niesamowicie dziwne, jak jest to cesarskie cięcie… Oczywiście człowiek jest świadomy. Wszystko było okej, nie było zagrożenia dziecka, nie było zagrożenia życia dla mnie, więc ja byłam w tym znieczuleniu zewnątrzoponowym, więc byłam świadoma. Widziałam co się gdzieś tam może dziać. 

Słyszałam wszystko, normalnie do mnie lekarze mówili, a oni powiedzieli, że nie będę czuć bólu, tylko coś takiego jak dotyk. I to rzeczywiście jest takie uczucie, jakby ktoś skórę cały czas wyciągał. Wszystko gdzieś tam opowiadałam, później jest takie naduszenie na brzuch, wyciągnięcie dziecka. I już dziecko jest na świecie, więc sama operacja to jest… 10 minut? 

Czy miałaś od razu kontakt z dzieckiem? Miałaś swojego synka przy sobie? 

Nie. Oni Stefcia najpierw obmyli, zmierzyli, odcięli pępowinę, zawinęli. Tylko powiedzieli, że jest chłopczyk, że jest zdrowy, że dostaje 10 punktów w skali Apgar. 

Na początku jak go wyjęli, to go nie usłyszałam. Byłam już na takim wycieńczeniu, że niestety dostałam dreszczy i drgawek. Trochę się tym jeszcze stresowałam, ale to było całkowicie normalne, bo to jest taka reakcja organizmu na stres, na to, że się położył. To jest takie zejście adrenaliny i taka reakcja. On dopiero po chwili zaczął płakać, a ja się już zestresowałam, że coś jest nie tak. Powiedzieli, że wszystko jest dobrze, zawinęli w pieluszkę i tylko mi go podłożyli do twarzy, żebym go zobaczyła i dotknęli jego buźką mój policzek. Były oczywiście takie emocje, że ja nic nie widziałam, bo miałam łzy w oczach, ale to było niesamowite – tak płakał, a w momencie, kiedy mi go przyłożyli do policzka, od razu się uspokoił. 

Zabrali go, na korytarzu byli moi rodzice, więc akurat widzieli go dosłownie… To była kwestia kilku minut, to wszystko. Myślę, że 5 minut po tym, jak go wyjęli, ten cały proces, to moi rodzice go widzieli i mogli potrzymać na rękach. 

Oni nie mogą dać po cesarskim cięciu, bo jeszcze to 40 minut trwało zaszywanie, cały ten proces zakończenia operacji. Potem mnie przewieźli na salę pooperacyjną, więc go dopiero dostałam po 3 godzinach chyba. Od momentu, kiedy go wyjęli do momentu, kiedy mi go podali, to były 3, 3.5 godziny. Od razu był przy piersi, nie było problemów. Wszystko poszło sprawnie. Nie byłam sprawna, bo ja leżałam jeszcze na znieczuleniu, ale mi go podali, że mogłam go trzymać. Miałam więc go jakiś czas, później odebrali go na oddział noworodków, później musiałam dojść do siebie i wszystko się dobrze skończyło.

I nie miałaś żadnych problemów z karmieniem, to wszystko było okej? 

Nie. Myślę, że też dlatego, że przeszłam ten proces naturalnego porodu bez ostatecznej fazy, bo tak naprawdę te wszystkie procesy, skurcze i próby parcia były. Może też to mi pomogło, że łatwiej było mi karmić. Nie będę ukrywać – następnego dnia czułam się dramatycznie. Bo nie dość, że byłam jak po naturalnym to jeszcze po cesarce, więc okolice miednicy czułam się jakbym miała przejechane walcem. Dramat.

To, co jest zadziwiające, to następnego dnia – tak jak do samego porodu miałam mnóstwo siły, energii, byłam aktywna, to dzień po porodzie jakby wszystko mi zabrali. Jakbym w ogóle nie trenowała, nie miała żadnej siły, mocy. Nagle to ciało się staje takie wyssane, takie miękkie. To jest coś niesamowitego, że to się może tak zmienić. Podejrzewam więc, że to jest też jakieś działanie gospodarki hormonalnej. No i… Dałam sobie czas po porodzie z aktywnością. Nie miałam żadnej presji ani niczego. Jestem jak najbardziej za tym, żeby dawać sobie czas, bo przede wszystkim hormony muszą się wyregulować i dopiero wtedy można zacząć działać. 

Jeszcze to jest tak nowa sytuacja, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, że to w ogóle nie ma co wywierać na sobie presji, żeby wrócić do formy.

Zresztą, ja mówię, że – to jest takie trochę już przereklamowane określenie, powrót do formy. Uważam, że do tej formy sprzed się nie wróci. To jest po prostu budowanie nowej formy w zupełnie nowych warunkach i to ciało też jest zupełnie inne. 

Gdzieś kiedyś słyszałam, że każda ciąża odbiera nam 11% siły i zdrowia. Że to na początku na pewno widać – jest to wycieńczenie i trzeba spokojnie wrócić sobie na te tory, żeby móc cokolwiek robić, zadbać o siebie. Pamiętać o tym, żeby jeść regularnie, zdrowo, pić odpowiednio dużo. Ewentualnie rozciąganie jest na pewno super. 

Na początku pamiętasz po tej cesarce – na pewno nie pamiętasz teraz w dniach – ale to było kilka dni, że miałaś taką możliwość, że mogłaś odpocząć, w ogóle leżeć? Jak to było? Wróciłaś ze szpitala i jak? 

W szpitalu też się jakoś rozeszło, że wiedzieli, że jestem związana ze sportem, taka świadoma tego ciała. Akurat pierwsza położna na oddziale poporodowym była bardzo fajna, bardzo dbała o to, żeby od razu się pionizować. 

Było tak, że dopiero wieczorem dojechałam na tę salę poporodową, więc miałam noc przed sobą i ona bodajże też 5 czy 6 przyszła, żeby zmienić temperaturę, zdjąć opatrunek. Od razu jej spytałam, czy mogę iść pod prysznic. Mówi, że tak – że mi pomoże, przyjdzie, bo to pierwsze pionizowanie się może spowodować, że dziewczyny czasem mdleją albo nie mają siły się podnieść, więc muszą być pod kontrolą. Generalnie zaprowadziła mnie pod prysznic. Było ugięcie w pół, ale próbowałam się prostować. Byłam w szpitalu jeszcze trzy dni. Akurat niestety nie miałam możliwości, żeby leżeć, ponieważ Stefciu był taki, że on cały czas był przy piersi. Cały czas byłam więc w tej pozycji pół leżącej, siedzącej, co też niestety nie pływało za dobrze na tę ranę, bo jednak byłam zgięta i ściśnięta, nie mogłam się wyciągnąć, a on cały czas potrzebował, żeby być przy mnie. I ja jeszcze nie potrafiłam, on nie potrafił w pozycji leżącej jeść. 

Tak więc pierwszy tygodnie, nie ukrywam, były ciężkie pod tym kątem. Że to jednak ta rana, to wszystko bolało i wolałam już być w tej pozycji półleżącej, żeby móc też szybciej się podnieść i coś zrobić, niż jak miałam z leżenia podnosić się, bo było ciężko. 

Tak od razu wstać to nie da rady – w ogóle tak się nie powinno wstawać, bo to wszystko ciągnęło. Bokiem też mi było ciężko. Jak on zaczynał płakać, zanim ja się wygramoliłam, żeby się podnieść, obrócić, żeby coś – to minęło tyle czasu, że ja się potem stresowałam, że już wolałam być w tej pozycji pół siedzącej, półleżącej. Generalnie bardzo mi na tym zależało. 4 dni po porodzie była u mnie z wizytą fizjoterapeutka uroginekologiczna. 

No właśnie. Bo chciałam się zapytać – co byś poradziła dziewczynom, które miały tę cesarkę? Rzeczy z twojego doświadczenia: o co zadbać na początku? 

Przede wszystkim starać się jak najbardziej pionizować, unikać tego, żeby być tylko w pozycji leżącej, że odpoczywać. To oczywiście nie chodzi o to, żeby nagle iść na spacer, tylko jednak wyciągać się i być w tej pozycji naturalnej, naturalnej postawie. Jeżeli jest rana, która ma się ładnie zagoić, a będziemy siedzieć cały czas takie ściśnięte, to te wszystkie organy, mięśnie, to wszystko będzie się kumulować i potem jak się zabliźni, będzie ciężko się wyciągnąć, co też może wpłynąć na postawę ciała. Bo jak się źle zabliźni, to mogą pojawić się jakieś komplikacje. Tak więc dbać o to, żeby się wyciągać jak najbardziej. Sama zalecam, żeby spotkać się z fizjoterapeutą, żeby zobaczyć w jaki sposób organy zaczynają się układać. Bo wiadomo, że ciąża, dziecko to wszystko wypycha w górę, że nasz organizm, wątroba, to wszystko się przesuwa i to też musi wrócić gdzieś tam na miejsce. Żeby sprawdzić, jak się obkurcza macica – czy dobrze? Czy dobrze pracuje? 

Praca z brzuchem – uciskanie, wiadomo, to są metody fizjoterapeutów, wspomagają to, bo oczywiście przy karmieniu jest łatwiej, bo to zupełnie inaczej pracuje i są skurcze. Następuje obkurczanie. Niekiedy dziewczyny nie chcą, nie mogą karmić, to wtedy ten proces może być dłuższy i dodatkowo fizjoterapeutka może to wspomóc. 

Poza tym też jeżeli jest bardziej — czy jest większe rozejście mięśni prostych, czy były inne spadki czy z mięśniami dna miednicy, no to mogą fizjoterpauci też otape-ować i też wspomaga to proces gojenia się i regeneracji. 

Spotkałam się też z nią przed porodem, jeszcze jak byłam w ciąży i po porodzie, więc też mi powiedziała parę ćwiczeń, które mogę wykonywać. Które oczywiście są ćwiczeniami bazującymi na oddechu, na napięciu mięśnia poprzecznego. Też próby przejścia do klęku, do kociego grzbietu, żeby się trochę wyciągnąć, ale to tak naprawdę… To jest też zabawne – po porodzie się wprowadziłam na jakiś czas do rodziców i jednego dnia tata wrócił – to było zaraz po porodzie – wrócił z firmy i ja na podłodze próbuje przejść do klęku podpartego, żeby zrobić ćwiczenia, a mój ojciec: co ty robisz? 

To wyglądało to tak koślawo i komicznie, że proces zejścia na dół był dla mnie taki, że jakby teraz widzieli mnie moi klienci, uczestnicy zajęć to by w życiu nie mogli w to uwierzyć, że ja coś takiego robię i mam z tym problem.  Autentycznie nie mogłam zejść do klęku – tak mnie to wszystko ciągnęło i bolało, a wiedziałam, że ten klęk będzie dla mnie zbawienny, bo mi rozciągnie lędźwie, wyciągnie plecy, które już miałam ponapinane od pozycji karmienia. Bo przecież cały czas się trzyma dzieciątko, a do tego jeszcze na początku nie wiadomo co i jak, więc jeszcze bardziej się człowiek przykurcza. 

I ta pozycja spania! Z jednej strony kobieta potrzebuje tej regeneracji, tego porządnego snu, a tak naprawdę nie jest w stanie. Jest jeszcze rana po cięciu cesarskim, karmimy dziecko, w nocy się w staje. To jest takie sprzeczne – że mamy dbać o to, żeby się zregenerować, odpocząć, a z drugiej strony jednak warunki są, jakie są. Sama się wspomagałam jakimś delikatnym rozciąganiem, które też gdzieś tam sobie opracowałam przy wykorzystaniu ramy łóżka, żeby rozciągnąć też odcinek piersiowy, plecy, bo… Było ciężko. Nie będę mówić, że było super. Było ciężko. 

Też Stefciu był taki, że 80% czasu przez dobre 3 miesiące był na piersi. Ogólnie już był taki dowcip, że wszyscy pytali: co robisz? Aha, dobra. 

Jak widzieli mnie w jakiejś innej formie, to byli bardzo zaskoczeni, że nie karmię i czy coś się stało, bo byłam non stop z nim. Albo na łóżku, albo na fotelu – non stop karmiłam. Też te plecy, mięśnie, ta klatka piersiowa. Wszystko było bardzo obolałe. Na początku klęki, później pozycja psa z głową w dół to był po prostu raj. 

Właśnie tak teraz myślę, że twoja świadomość ciała – zobacz, ile kobiet, które urodzą, są po cesarce, nie ćwiczyły wcześniej, nie czują, nie wiedzą jak. Wydaje mi się, że myślisz, że byłaś bardzo do tyłu z ciałem, ale mi się wydaje, że już na pewno byłaś bardziej świadoma. Sama mówisz, że wiedziałaś, gdzie sobie rozciągnąć, tu poczułaś plecy – a tego nam brakuje, takiej świadomości. Bardzo wiele osób, kobiet ma problem, żeby czuć, gdzie ma rozciągnąć, co tu zrobić. 

Tak! I dla mnie to było takie strasznie… Miałam taki moment, że czułam się trochę zamknięta w swoim ciele. Bo ja doskonale wiedziałam, co by mi pomogło. Jakie ćwiczenie, w jaki sposób powinnam się ustawić, ale ja jeszcze nie byłam w stanie tego zrobić. Bo to by było z kolei – dobre na plecy, na jakiś odcinek lędźwiowy, piersiowy, ale ta rana jeszcze była na tyle świeża, że ze względu na nią nie mogę tego zrobić, no bo jest ryzyko, że mogą się stać jakieś komplikacje, czego oczywiście chciałam uniknąć. Dlatego tę fizjoterpautkę – wiedziałm, że chcę, żeby do mnie przyszła i to jest super, żeby jak najszybciej się z nią umówić. Jeżeli może przyjechać do domu – i to już nawet z samym dzieckiem jest najcudowniejsze, bo oczywiście wtedy te pierwsze tygodnie, w tym połogu – oczywiście to jest taki czas, że jednak ten dom jest najlepsze miejsce, żeby przebywać. 

Oczywiście kontrola lekarza, żeby też wszystko sprawdzić, czy wszystko przebiega poprawnie, położna i środowiskowy. Wszystko razem, trzeba jak najbardziej z tego skorzystać – ja też kiedyś przeczytałam, że za samodzielność nas nikt nie wynagrodzi. Trzeba jak najbardziej prosić o pomoc, w ogóle się nie wstydzić, nie blokować. Tylko to, co można. To jest czas, kiedy tak naprawdę – mi to zawsze mówiła bratowa, która ma 4 dzieci – to jest czas, kiedy ty powinnaś zrobić sobie grajdołek w łóżku, siedzieć tam z dzieckiem i po prostu go tulić i niczym więcej się nie przejmować. 

Tak mi dreszcze przechodzą jak to mówisz, Olga! Tak się ciesze, że o tym mówisz. To jest tak ważne, żebyśmy my kobiety zrozumiały, że to jest okej poprosić o pomoc, że to jest okej czuć się trochę słabiej. Sama zawsze mówię moim paniom w ciąży, daje im trochę takiej motywacji do tego: słuchajcie, zróbcie to. Bo jeżeli ty będziesz to robiła, będziesz w stanie – to jest najtrudniejsza rzecz! Żeby to pokonać, poprosić o pomoc. Mówię: będziecie to robiły, to nauczycie tego swoje dzieci. Jeżeli my będziemy takie matki polki w cudzysłowie, nie, nie, nie, ja wszystko zrobię sama!  No to my przekazujemy to naszym dzieciom. I będą robiły to samo. Mówię więc, że to jest motywacja, bo każda z nas chce dla swojego dziecka jak najlepiej. To jest coś, o czym też można też pomyśleć, prawda? 

Tak! To, czego nauczyłam się przy dziecku, to wydawało mi się niemożliwe. Byłam zawsze osobą, która ma wszystko zorganizowane, zaplanowane. Plan dnia wypełniony po brzegi, wszystko zrealizowane. Żyłam bardzo intensywnie, bardzo dużo pracowałam. Wszystko planowałam, kontrolowałam. Nic nie mogło mi wypaść, bo jak sobie powiedziałam wieczorem, że pójdę biegać, to choćby skały… To ja po prostu musiałam iść biegać! 

To mi powiedział mój brat, jak wychodziłam ze szpitala. Żebym wyłączyła tę swoją kontrolę, bo od teraz wszystko będzie out of control. Opowiedziałam: co ty! Bzdury gadasz, ja wszystko ogarnę. 

I po jakimś czasie jak sobie zaplanowałam, że gdzieś pojadę a Stefciu nie chciał – stwierdziłam, że nie. Nie będę planować. I od tego czasu jest mi lepiej. To, co sobie obiecałam, to że nie będę robić przy nim rzeczy w pośpiechu, na zasadzie: dalej, szybko, musimy jechać, spóźnimy się, mieliśmy tam być! 

Jak zrobi kupę – musze go przewinąć. Trudno! Świat poczeka. Nic się nie stanie, bo to nie są rzeczy, które zaważą na ludzkości. Po co on mam mieć presję od samego początku? Stres, złe emocje, złą energię? 

Chciałam, żeby wszystko było spokojne i żeby on też był taki, że jest mu dobrze. 

Trzeba traktować dziecko jak dorosłego. Jak człowieka Też ma swoje emocje, uczucia, lęki stresy. Coś może go osaczać, czuć, że jest czegoś za dużo. 

My jak gdzieś idziemy – zawsze mówię, że jak mamy spotkanie rodzinne czy ze znajomymi, to jesteśmy zmęczeni po tym! Bo jest wrzawa, są ludzie, to co dopiero taka mała istotka. Dla niego to jest tyle emocji…

Przede wszystkim dla mnie najważniejsze jest, żeby to był luz, żeby nie było stresu, ale też myśleć o tym, jak ja bym się poczuła. 

Skoro sama będę czuła się zmęczona tym, że jest tyle ludzi — mnie to też denerwuje, że gdzieś tam jest wrzawa, to on w czymś takim…

Zwłaszcza teraz. Nie była w większych skupiskach z ludźmi, no to naprawdę już bidulek nie pamięta, że coś tam było, chodził na jakieś zajęcia. Takie czasy teraz nastały więc mam nadzieję, że to się jakoś skończy. 

Staram się też podchodzić do niego tak, jak ja bym się czuł.

Super, fantastycznie!

Jest radosny, więc mam nadzieję, że to gdzieś tam procentuje, ale to, co się zawsze mówi: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Musimy też dbać o siebie. W każdej formie. I psychicznej i fizycznej. To jest tak jak podaje się przykład, że jak się mówi o rodzicielstwie, to jest, tak jak w samolocie – najpierw zakłada maseczkę rodzic, później dziecko. Bo co tego, że założymy dziecku, jak sami nie przetrwamy. Jeżeli dziecko będzie miało wszystko najlepsze a my będziemy przygnębione, przytłoczone, zaniedbane – no to co z tego. Dziecko to widzi. 

Dokładnie. 

Widać to od razu. Też nie wywieraj na sobie presji. Że już, teraz po porodzie trzeba mieć płaski brzuch i wejść w rzeczy sprzed ciąży. Po co? 

To jest duża pomyłka! Niestety widać to w mediach społecznościowych. Widzimy kobiety, które właśnie urodziły, zaraz pokazują swoje ciało. No to myślę, że kobiety, które to wszystko oglądają mówi sobie, że coś z nami nie tak, bo ja tak w życiu nie będę wyglądała. 

Mam nadzieję, że osoby, które słuchają też zwrócą na to uwagę – to nie jest normalne, że od razu jest ta sylwetka. To nie chodzi, że jest za dużo tłuszczu czy coś. To wszystko musi wrócić do siebie i potrzeba tego czasu. 

Powiedz mi, Olga, czy ty pamiętasz – jak mówiłaś, że na początku było tak strasznie ciężko – a kiedy poczułaś pierwszy raz, że wracasz do formy? W sensie, że zaczęłaś pierwsze ćwiczenia, już czułaś, że forma wraca powoli? 

Przez pierwsze tygodnie się rozciągałam i spacerowałam. Oczywiście na początku było tak, że przeszłam moją ulicę, czyli 200 m i czułam się zmęczona – po tygodniu i czułam, że ciągnie mi rana. Spacery to było 15 minut, później 30 minut. Stopniowo je wydłużałam. Jak już mogłam, to tez dwa razy dziennie chodziłam na spacery. Trochę się rozciągałam. Też na zasadzie 10 minut, to co czułam, że potrzebuję, żeby rozciągnąć szyję, plecy, biodra. 

Miałam je bardzo ponapinane i wszystko w tych okolicach mnie bolało. Z kolei jak mogłam już go karmić w leżeniu, to w pozycji bokiem, czułam ucisk bioder na sobie, to powodowało, ze mnie wszystko w stawie biodrowym bolało.

Takie ćwiczenia wzmacniające to ja zrobiłam pierwszy trening bodajże 3 miesiące po porodzie. 

Czułaś się wtedy gotowa?

Też zaczęłam trochę do jogi oprócz tego wracać, oprócz podstawowych, rozciągających ćwiczeń. Też trudno było zejść w dół – no bo jednak to było napięcie, więc oczywiście robiłam formę tu na kolanach, tu coś. Przez to tylko tak, żeby nie czuć żadnego, niepokojącego ciągnięcia czy czegoś. Pierwszy wzmacniający zrobiłam ok. 3 miesiące po porodzie – byłam bardzo słaba. Ta forma była zupełnie podstawowa. Zaczęłam raz w tygodni wprowadzać powoli trening wzmacniający. 4 miesiące po porodzie wróciłam na salę, ale tylko na godzinę, na zdrowy kręgosłup. Wiedziałam, że to będą dla mnie super ćwiczenia. Bo i tak pójdę – będę musiała poprowadzić te zajęcia, a jak najbardziej mi pomogą. 

Dopiero po pół roku wróciłam do reszty – znaczy, i tak pracuję 20% tego, co pracowałam jeszcze w ciąży, więc to jest i tak namiastka tego, co robiłam. Nie chcę jednak wrócić już do poprzedniego trybu, bo to było aż za dużo.

Do cardio, skakanki, biegania to dopiero wracam teraz.

Na swoim przykładzie – słuchajcie dziewczyny Olgi, która była trenerką, ćwiczyła cały czas – jest to bardzo normalne! Bo mnie tez jako instruktorki jogi ludzie pytają, kiedy mogą zacząć ćwiczenia – biegać, pójść na fitness. Pamiętam sama, jak byłam po ciąży. Prowadziłam zajęcia pilates, wróciłam po 3 miesiącach. W ogóle nie miałam wcześniej ochoty! 

Dokładnie. Czułam tylko potrzebę, żeby się rozciągnąć, bo wszystko mnie rwało. Czułam taki ból, ale nie miałam ochoty. Gdyby miała wtedy wracać do treningów… Miałam spacer i tak dalej.

4 czy 5 miesięcy po porodzie musiałam poprowadzić dwutygodniowe szkolenie – dwutygodniowe, ale 6 dni prowadziłam. To był dla mnie też duży wysiłek. Na szczęście było też sporo teorii, nie tylko ćwiczenia.

Czułam wtedy, że to ciało jest słabe wydolnościowo i siłowo. To, co mówisz – nie chciałam nawet.

Jak dostaję wiadomości od dziewczyn, które 2, 3, 4 tygodnie po porodzie pytają, co robić, żeby brzuch wrócił… Chwytam się za głowę – jak wam się chce? Sama tego nie czułam. Przygotowałam wpis na bloga, że mam po prostu jakieś inne podejście. Może jestem dziwna, inna nie wiem co, ale jak widziałam, obserwowałam co się dzieje wokół, to czułam, że nie chcę, nie potrzebuję. Nie czułam tej presji. Byłam 9 miesięcy w ciąży – wiadomo, że po miesiącu nie będę wyglądać jak przed ciążą. Że tego czasu jest jeszcze tyle, że to jest w ogóle… Przyjdzie czas, przyjdzie pora. Teraz najważniejszy jest czas z małym. Tak naprawdę… Bez presji. Zupełnie na spokojnie. 

To bieganie to jest naprawdę temat, że trzeba dać ciału wrócić do siebie i to są miesiące. Mówi się też tak w różnych książkach czy artykułach – że jeżeli 9 miesięcy byłyśmy w ciąży to przynajmniej drugie tyle trzeba sobie dać przynajmniej, żeby ciało wróciło do stanu sprzed ciąży i wtedy dopiero można wymagać. Do biegania wróciłam dosłownie teraz. Czyli to jest ponad rok. Byłam pod kontrolą fizjoterapeuty, sama mam świadomość ciała. Dużo pracy – i tak dużo wykonałam nad ciałem, szczególnie ostatnie dwa miesiące. Wiem, że jest wzmocnione i wiem, że przygotowane, jeśli chodzi o cały core, mięśnie dna miednicy, mięsień poprzeczny, mięśnie stabilizujące do tego, żeby to nie zaszkodziło. 

Bo jednak mięśnie dna miednicy powiększają się czterokrotnie. Mają czterokrotnie większe obciążenie przez ciążę. One się naciągają. Wyobraźmy sobie elastyczny materiał, który ma obciążenie jakieś i nagle ma 4 razy większy. One muszą wrócić!

Jeżeli jednak przebiegniemy, teraz będzie okej a później pojawią się problemy z nietrzymaniem moczu bądź innymi wypadającymi macicami czy innymi przypadłościami, które są!

I niestety, jeżeli przez lata było kobietom mówione, że urodziłaś dwójkę dzieci i masz nietrzymanie moczu – to jest normalne. No to niestety. Teraz to wszystko trzeba wyprowadzać. Tłumaczyć, przedstawiać to w prosty sposób, żeby to sobie dziewczyny mogły wyobrazić. No bo co z tego, że powiesz masz osłabione mięśnie dna miednicy. Kurczę, gdzie ja je mam? Co to znaczy osłabione? Muszę ćwiczyć, muszę biegać! No nie. One muszą ten ciężar przeżyć. 

Sama dobrze wiesz, że to jest po prostu wydreptywanie i rzeźbienie tego tematu, żeby wszystko dziewczyny zrozumiały. Świadomość jest już większa, ale nadal niestety jest ogromna niewiedza.

Tak.  Podczas ciąży, gdzie są dopasowane treningi, czy praktyka jogi – bardzo dużo jogi, trening z tobą też jest po połogu. Połóg dla mnie to jest to pierwsze 6 tygodni, gdzie kobieta w ogóle powinna odpuścić sobie. Dopiero po 6 tygodniach ewentualnie jakieś rozciąganie. Mięśnie dna miednicy, oddechy. A po 6 tygodniach wrócić spokojnie, powoli do praktyk.

Tak. A szczególnie po cesarce! 

Właśnie. Super, Olga! Dziękuję, że się z nami podzieliłaś swoją wiedzą i doświadczeniem. Jest to bardzo pomocne i na pewno bardzo dużo dziewczyn, kobiet tutaj skorzysta. Też uwielbiam słuchać osób, które też to przeszły.

Jak macie ochotę poćwiczyć z Olgą na naszym portalu to jest i praktyka w ciąży i praktyka po ciąży. Także zapraszam was. Możecie też poćwiczyć! Na YouTube mamy też kilka filmów z Olgą i pojedynczych ćwiczeń, także macie okazję sobie zobaczyć.

Także dziękuję ci bardzo, Olga – twój synek jest teraz na spacerze więc na pewno zaraz wraca stęskniony za mamą.

Mój syn ma 13 lat i powiem ci, że później w perspektywie czasu – ten czas ciąży, pierwszego roku, pierwszych lat to taki jest później… Malutki! Także naciesz się tym, że jest maleńki. Mówisz, że robisz teraz 20% swojej pracy – spokojnie. Wrócisz do wszystkiego później, jak oczywiście będziesz chciała, bo widze teraz. Całe życie jest przed tobą. Także spokojnie! 

Tak! W ogóle nie ma presji. Nie cisnę, żeby mieć więcej, bo wiem, że to będzie kosztem braku czasu z dzieckiem a ten czas jest najważniejszy. Z resztą – każdego dnia są jakieś zmiany i żal to opuścić! 

Dziękuję ci bardzo i dziękuję wszystkim za wysłuchanie naszego podcastu! Mam nadzieję, że Wam się podobało i jeśli macie jakiekolwiek pytania, to proszę napiszcie do nas. Możecie też skomentować podcast. Może będą jakieś pytania do Olgi, to potem przekażę. Dziękuję jeszcze raz! Do zobaczenia!

Dziękuję, papa!  

Dołącz do Portalu Ciąży: https://czterytrymestry.pl/dolacz/

0 komentarzy

Wyślij komentarz